czwartek, 17 grudnia 2009

Chemia


Słyszałam dużo o tym filmie. Obejrzałam nawet wywiad z Pawłem Łozińskim, który opowiadał o 45 dniach zdjęciowych, które spędził na oddziale warszawskiego Instytutu Onkologii.
Tradycyjnie podeszłam sceptycznie do dokumentu o chwytliwym tytule "Chemia", które to słowo kojarzy się bardzo skrajnie. Wydawało mi się, że ktoś kto nie jest "onkologicznie doświadczony" nie jest w stanie oddać tego co dzieje się z osobą, która choruje na nowotwór. Łyse głowy i zmontowanie obrazów cieknących kroplówek ze łzami - wyjdzie coś takiego, pomyślałam. I pomyliłam się.
Zdrowy może nie potrafi w pełni oddać tej atmosfery, ale ktoś, kto przybywa do Instytutu z chorą mamą i jest doskonałym obserwatorem już bardziej. Kadrowanie twarzy pacjentów i ich bliskich, personel, który pojawia się na planie wyłącznie w postaci RĄK, które zmieniają kroplówkę i SŁÓW, które nie karzą wstawać jak skończy się kroplówka tylko zadzwonić:) Na początku z filmu płynie dużo mocy, uśmiechów, wzajemnego wspierania się, żartów, normalnych rozmów o normalnym życiu, a potem - w miarę ubywania "lekarstwa" w kroplówce pojawiają się wątpliwości i prawdziwe emocje. Co ciekawe, chorzy mówią o tym, jak czasem są złośliwi w stosunku do swoich bliskich. Rzadko o tym mówią. I ostatni precyzyjny komentarz w filmie. To tekst kilkunastoletniego chłopca, który niebawem ma podjąć decyzję dotyczącą wyboru studiów. Dostaje ostatnią chemię i mówi: "żeby tylko nie było powtórki". Wcześniej rozmawiał z mamą, iż w razie "draki" na studia może zdawać co roku. Na oddziale onkologicznym panuje specyficzna atmosfera, jest zabawnie, rozmawia się i wciąga w rozmowę tych milczących, ale paradoksalnie do tej sympatycznej atmosfery nikt nie chce już wracać. Ten film powinien zobaczyć KAŻDY bo jak mówi reżyser Paweł Łoziński: "rak to bardzo demokratyczna choroba". Myślę, że z tego dokumentu można się wiele nauczyć, zwłaszcza, że nigdzie nie uczą tego jak reagować w sytuacji, kiedy choruje ktoś bliski.

3 komentarze:

Fortuna pisze...

Ostro. Ale chyba nie chcę zobaczyć. Pamiętam jak mi się zachciało zobaczyć "Plac Zbawiciela" i do dzisiaj czuję ból. Wystarczy jak mi opowiedziałaś, choć i tak wiem, że obeszłaś się ze mną delikatnie. Dobrze, że masz to już za sobą.

Jola Pisarek pisze...

Fakt, "Plac Zbawiciela" boli. Ja w którymś momencie tego filmu założyłam sobie filtr pt. "reżyser przegiął z jakiegoś powodu" i dzięki temu uniknęłam postprojekcyjnego stresu. Ale "Chemia" to emocjonalnie zupełnie inna jakość. Myślę, że dla oglądających go ludzi zdrowych ten film jest bardzo pozytywny. Pokazuje siłę.

Grzegorz pisze...

Miło jest ponownie tutaj trafić :)